Dalekowzroczność i niedowidzenie
- okulary dla Stuarta

Nasz synek, Stuart, zaczął nosić okulary na miesiąc przed swoimi trzecimi urodzinami. Gdy miał dwa latka, zauważyliśmy, że staje bardzo blisko telewizora. Również gdy oglądał książeczki czy zdjęcia, pochylał nisko głowę, po czym zerkał do góry, jakby nie mógł znaleźć obrazów. Kiedy biegał, wydawało się, że przedmioty za szybko się do niego zbliżają, przez co nie mógł w porę wyhamować. Wpadał na różne rzeczy, gdy chodził, ale przypisywaliśmy to jego młodemu wiekowi!

Byliśmy świadomi, że operacje, a nawet ślepota, są realnym zagrożeniem, więc jesteśmy bardzo szczęśliwi, że otrzymaliśmy skuteczną pomoc, zastosowaliśmy się do zaleceń lekarzy i odnieśliśmy sukces!

Ktoś z rodziny zasugerował, że powinniśmy zbadać mu oczka, jako że nie były oglądane przez lekarza od czasu bilansu dwulatka wykonanego u pediatry. Znalazłam okulistę dziecięcego w Internecie i umówiłam nas na wizytę. Gdy usiedliśmy i pani doktor obejrzała Stuarta, od razu, już na oko, potrafiła stwierdzić, że będzie potrzebował okularów. Nie udało jej się dokładnie zbadać mu oczu, gdyż nie był w stanie usiedzieć na czas badania. Pani okulistka wyjaśniła mi, że w przypadku tak młodych pacjentów wystarczyło „w miarę dokładne” badanie i że nawet jeśli recepta nie będzie idealna, okulary i tak bardzo pomogą. U synka zdiagnozowano poważną dalekowzroczność w obojgu oczu oraz niedowidzenie w lewym oczku (tzw. „leniwe oko”). Okulistka pochwaliła nas, że wcześnie zauważyliśmy nieprawidłowość i zapewniła, że mądrze zrobiliśmy przyprowadzając Stuarta na badania, mimo że nie mieliśmy pewności, czy problem w ogóle istnieje. Wyjaśniła również, że 80% dzieci wyrasta z dalekowzroczności, gdy osiągają wczesny wiek szkolny.

Choroba, z którą borykał się Stuart, mogła być spowodowana wieloma różnymi czynnikami i nie wiedzieliśmy, skąd wzięła się akurat u niego. Lekarka powiedziała nam, że „leniwe oko” dostrzeglibyśmy prędzej czy później, gdyż oczy synka stopniowo zaczynałyby patrzeć krzywo i w końcu Stuart miałby zeza! Wytłumaczyła nam, że słabe oko zwraca się w kierunku oka prawego, żeby mieć wsparcie w widzeniu. Z czasem mózg zupełnie odciąłby lewe oczko i cała funkcja widzenia spoczęłaby na jednym, prawym oku. Brak leczenia w przypadku mało używanego oka może doprowadzić do trwałej ślepoty.

Przepisano okulary i efekty były natychmiastowo widoczne. Pierwszy raz kiedy Stuart włożył okulary, spojrzał na mnie i wykrzyknął z wielkim uśmiechem na twarzy: – Widzę cię, mamusiu! – Wreszcie okulista dziecięcy przyjmujący bliżej naszego miejsca zamieszkania przepisał plasterek, którym mieliśmy zaklejać Stuartowi prawe oczko, to zdrowe, tak aby jego mózg „obudził się” i zaczął pracować nad poprawą funkcjonowania „leniwego” oka. Przyczepiany do okularów plasterek był dla Stuarta źródłem męki. Bardzo go nie lubił, a niełatwo było nieustannie pilnować, czy nie wygląda zza niego lub całkowicie go nie usunął. Po sześciu miesiącach prób powiedzieliśmy lekarzowi, że chcielibyśmy spróbować kropelek, o których słyszeliśmy i czytaliśmy. Okulistka przepisała jedną kroplę z atropiną do zdrowego oczka, do aplikowania codziennie, raz dziennie. Zaprosiła nas na wizytę po upływie miesiąca, gdyż efekty miały być wtedy widoczne. Działanie atropiny polega na rozszerzeniu oka. Zamazuje obraz ze zdrowego oka na kilka godzin w ciągu dnia, tak aby chore oko „włączyło się” i zaczęło działać. Oko pozostaje rozszerzone średnio przez okres jednego tygodnia po zaprzestaniu stosowania kropli. Poza odrobiną dyskomfortu w momencie aplikacji oraz pewnej wrażliwości oka na bezpośrednie, rażące światło słoneczne, krople spisywały się na medal!

Przy kolejnej wizycie okazało się, że ostrość wzroku chłopca zmieniła się z 2200 na 20/80, co można by przyrównać do sytuacji, w której wzrok człowieka dorosłego uznanego prawnie za niewidomego, nagle poprawia się do tego stopnia, że człowiek ten może prowadzić samochód! Kontynuowaliśmy podawanie kropel i po upływie czterech tygodni przyszliśmy do kontroli. Pomiar ostrości wzroku wykazał wynik 2/50. Podawaliśmy więc krople już tylko trzy razy w tygodniu i dwa miesiące później przyjechaliśmy znów na wizytę kontrolną. Wyniki badań były tak dobre, że na dwa miesiące zupełnie zaprzestaliśmy stosowania kropelek. Ostatnio okazało się jednak, że „leniwe” oko troszkę się pogorszyło, więc wróciliśmy do zakraplania go trzy razy w tygodniu. To normalne dla dziecka w wieku Stuarta (już prawie pięć lat) i wiemy, że nadejdzie chwila, kiedy będziemy mogli zupełnie odstawić kropelki. Ostrość wzroku w prawym oczku to teraz 20/20 przy dalekowzroczności z jego okularami.

Jesteśmy ogromnie wdzięczni za doskonałą opiekę, jaką zostaliśmy otoczeni przez naszych lekarzy. Byliśmy świadomi, że operacje, a nawet ślepota, są realnym zagrożeniem, więc jesteśmy bardzo szczęśliwi, że otrzymaliśmy skuteczną pomoc, zastosowaliśmy się do zaleceń lekarzy i odnieśliśmy sukces! Okulary synka to dla niego prawie jak dodatkowa część ciała i nigdzie nie rusza się bez nich. Kropelki do oczu to drobna niedogodność i cieszymy się, że posiadamy je jako broń w walce o dobry wzrok. Stuart jest radosnym, pewnym siebie i bardzo aktywnym przedszkolakiem. Jest na właściwej drodze, żeby pójść do zerówki i nie powinien mieć żadnych kłopotów w zobaczeniu tego, co widzą inne dzieci.

Po raz pierwszy dowiedzieliśmy się o Children’s Eye Foundation (Fundacji na rzecz leczenia wzroku dzieci), gdy zauważyliśmy kalendarz „Miej na oku na swoje oczy” wiszący w gabinecie u naszego lekarza. Sama świadomość istnienia Fundacji daje poczucie ogromnego komfortu, gdyż wiemy, że zawsze możemy liczyć na poradę i wsparcie. Wiele nocy spędziłam na czytaniu opowieści innych rodzin na internetowej stronie Fundacji, dowiadując się więcej o chorobie synka, a także o tym, czego mogę się spodziewać. Cieszymy się, że możemy podzielić się z innymi rodzinami naszą historią i dostarczyć im informacji na temat Fundacji.

↑ Do góry

Projekt: Kunicki DESIGN